Pierwszy tydzień po wakacjach minął całkiem ... zwyczajnie. Spodziewałam się jakiegoś WOW (cytując Pana od reklamy), a tu przeszło nawet bez szału. Nowa grupa mogła być gorsza, nie będzie tak jak w zeszłym roku ale dam rade. Za to w piątek dopiero zauważyłam, że tylko niecała 1/5 grupy to chłopcy (patrz: trzech rodzynków). Pierwszy raz jak w jakiejkolwiek grupie/klasie mam taką przewagę dziewczyn i trochę czuć inną atmosferę. Ale są mili, nie powiem. Nawet, olaboga, czasem rozmawiam z tymi ludźmi. Nie za dużo (no bez przesady) ale spodziewałam się powtórki z pierwszej liceum, kiedy to czytelnictwo mocno u mnie wzrosło, zwłaszcza na przerwach.
Ewentualna praca pozostaje niewiadomą, za to przypadła mi rola grafika dla nowej firmy siostry N. i bardzo mnie to cieszy. Serio, miło czuć że masz na coś wpływ i w ogóle samo robienie czegoś nowego zawsze mnie cieszy, czy to projektowanie loga dla Kurzej Stopy czy robienie linorytów na zajęcia. Ulubione powiedzonko Shirley całkiem tu pasuje:
Do tego to dziwne, ale ostatnio czuję się zadziwiająco spokojna, w pozytywnym sensie. Bo nawet wychodzi mi ogarnianie różnych rzeczy (pewnie kwestia bezrobotności i dopiero początku studiów, ale mam nadzieję, że się utrzyma jak najdłużej), oglądam fajne rzeczy (Battlestar Galactica mistrz!), a i sprzątanie w domu (co chyba już ostatecznie na mnie przeszło) jakoś bardzo nie przeszkadza, bo przynajmniej nie jestem takim trutniem i pomagam trochę mamie. Wyszło też tak, że znowu dużo rozmawiam z A. To dziwne, bo nieważne ile się z nim widzę czy piszę to i tak mam wrażenie, że trochę więcej byłoby fajnie. Bo taki straszny słodziak z niego, że aż nie ogarniam.
Do tego moje stopy zaczynają się lepiej czuć, co oznacza łyżwy! Już się nie mogę doczekać, bardzo bardzo.
K.
niedziela, 7 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz