Nie lubię nie wiedzieć co mam myśleć. Stwierdzenie dosyć oklepane, bo chyba nikt nie lubi, ale trudno. A już najgorsze jest to, że wreszcie wiem co bym chciała móc myśleć, a nie wiem co powinnam, bo to najwyraźniej wybitnie zależy od czyjegoś nastroju (na przykład: kiedy przychodzę na zajęcia i jestem absolutnie niezauważona ewidentnie nie powinnam nic myśleć, ale potem, kiedy po powrocie z wspólnego kina jakoś tak wychodzi, że sobie rozmawiamy do późnego wieczora i ogólnie bardzo mi miło w środku, to już nie wiem). Tylko potem czuję się jak największy ciołek wszechświata, kiedy jestem tylko z lekka olana i robi mi się tak strasznie przytłaczająco smutno, że nawet jedzenie nie pomaga. A kiedy to nie daje rady to trochę na zasadzie jakby Pani Hudson opuściła 221B Baker Street - England would fall, znaczy się.
Nah, whatever. Wychodzi na to, że powinnam przejść w tryb "Mam to w dupie" (pardon my language, ale inaczej po prostu nie brzmi), tylko szkoda, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Zwłaszcza, że w tym przypadku to chyba jest nie tyle kwestia mojego bardzo pracowicie budowanego wyobrażenia o człowieku, tylko... no właśnie. Chyba to co po prostu jest, a nie co mi się wydaje że może być. W sumie, rozważam jeszcze podejście proponowane przez Lizzy:
"Maybe you should go to him. Either make him realise what a huge huge mistake he's made or at least make him give you some closure."
Sytuacja co prawda jest inna (huh, robić za Jane Bennet byłoby za fajnie, mieć takiego Binga tym bardziej, zwłaszcza kiedy się wie, że takim frajerem okaże się tylko przelotnie) i bardziej chodzi mi o drugą część ostatniego zdania, ale zdecydowanie fajnie byłoby wreszcie wiedzieć ocb.
Przynajmniej wreszcie wzięłam się za samorozwój czyli naukę Adobowego Premiera. Pierwszy, mało szalony ale zawsze, film poniżej:
K.
niedziela, 14 października 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz