środa, 7 listopada 2012

Ekwiwalent(y) kopa w brzuch

Po tym jak śniło mi się robienie herbaty z Idzim i jego dziewczyną moja głowa dała sobie spokój z osiąganiem kolejnych poziomów abstrakcji. I bardzo dobrze, bo nie wiem jak długo bym to zniosła, really.

Tytuł notki wziął się z przykrego uczucia, które ostatnio mi towarzyszy częściej niż bym tego chciała. Jakkolwiek dobrze czuję się ze sobą (bieganie częściowo jest zasługą - pierwsze 8 km ciągłego biegu świńskim truchtem za mną, oh yeah!) to czasem nie wystarcza, zwłaszcza przy okazji wieczornych rozkmin. Dużo rzeczy się rozjeżdża, a w momencie uświadomienia sobie tego (albo kogoś uświadamiającego mi to), za każdym razem mam wrażenie że dostaję takiego mentalnego kopa w brzuch.
Do tego w ramach efektów "rozjeżdżania" ostatnio coraz rzadziej czuję się swobodnie w innym towarzystwie niż książka/słuchawki na uszach i herbata. Niby nic takiego, tylko czasem można się udusić od swoich własnych myśli. Ale to tylko ja i moje paranoje. Dobrze nam razem, po co coś więcej?

Listening: John Mayer - A face to call home + Frank Sinatra - Somethin' Stupid i Moon River

K.