Ostatnio przeczytałam tą notkę. Rzadko mam tak, że czytam/oglądam/słyszę coś od kompletnie losowej osoby i myślę "Ojaaa, też tak mam, a jeszcze nie widziałam takiej grupy na facebooku (co zawsze sprawia że można się poczuć bardziej wyjątkową)!". To takie miłe dowiedzieć się, że ktoś fajny ma podobnie.
I tak zaczęłam myśleć o tych wszystkich momentach kiedy dopada mnie lekka panika, bo gubię się we wszystkim. I nie wiem już czy robię jakieś rzeczy dlatego, że faktycznie sprawiają mi one przyjemność i są dla mnie bardzo ważne, czy dlatego, że inni je lubią i jakoś tak zarażają. Nigdy nie robię czegoś co kompletnie do mnie nie przemawia już na wstępie, co to to nie. Tylko czasem trudno rozgraniczyć to co w jakiś sposób tworzy Ciebie i to co po prostu lubisz robić albo w ogóle lubisz robić z jakimiś konkretnymi ludźmi. Poza tym, można coś bardzo lubić, ale też uwielbiać odkąd się pamięta. Niby podobne, ale jednak nie to samo.
YOLO jest trochę przereklamowane, ale w granicach rozsądku nowe rzeczy to naprawdę fajna sprawa. Bo gdyby nie to, że N. i M. zaciągnęły mnie jakiś kawał czasu temu na mecz Jastrzębskiego (to już ze trzy lata będą) nawet nie wiedziałabym że to takie fajne. Jednak, jakkolwiek uwielbiam siatkówkę, sama na mecz chyba jednak bym się nie wybrała. Bez tego towarzystwa to już nie to samo co tak bardzo lubię i znam. Niby podobnie, ale nie do końca. Nadal, dziwnie się czuję kiedy to wszystko się miesza i trudno się odnaleźć.
Thus, dzisiejsza lista. Rzeczy które lubię "od zawsze":
1. Jedzenie w każdym sensie (srsly, to o dziwo jedna z najbardziej stałych pasji jakie mogę mieć, cóż, jaki człowiek takie priorytety najwyraźniej).
2. Czytanie i oglądanie (dobre książki i filmy, seriale, czadowi ludzie na youtubie).
3. Making artsy stuff (diy, rysunkowo-graficzne rzeczy, szycie). Otaczanie się ładnymi rzeczami czy widokami też chyba można tu wcisnąć
4. Łyżwy (i osobiście i przed telewizorem, czasem bardziej czasem mniej, ale jakoś zawsze wraca).
5. Czas wyruszyć w nieznane. Traveling and stuff, oglądanie nowych miejsc i tego jak bardzo inaczej można żyć - tylko kilka godzin pociągiem/samolotem od domu. Też oglądanie ładnych miejsc, zwłaszcza na godzinę przed zachodem słońca, bo wtedy jakoś wszystko wygląda ładniej.
Wbrew pozorom, trudno zrobić taką listę, przynajmniej dla mnie. Część rzeczy, które lubiłam za młodu jakoś przeminęło (makijaż teraz trochę utrudnia to, że byłam kiedyś wielką fanką kąpieli basenowych i morskich), a te obecne nie mają jeszcze tego dopisku "odkąd pamiętam". Znalezienie takich constansów w życiu jednak pomaga. Działanie terapeutyczne, uspokojenie głowy i te sprawy.
Listening: Atlas Hands by Benjamin Francis Leftwich
K.
sobota, 22 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Self soothing w wersji pro
Czyli to co robię przez ostatnich kilka dni. Bo mi jakoś dziwnie. I wcale nie lepiej kiedy próbuję się zająć czymś sensownym, jako że i to jakoś nie idzie - kończy się na oglądaniu Suits albo Casablanki. Dlatego nie lubię mieć za dużo wolnego czasu, niby miło odpocząć, mieć chwilę dla siebie, ale co za dużo to niezdrowo. Spędzanie godzin tylko ze swoimi myślami jest straszne, zwłaszcza jeśli te myśli wcale nie są takie super miłe. Bo niefajnie usłyszeć od własnego rodziciela (zasłużenie, prawda, ale ja to wiem, nikt mi nie musi przypominać), że jestem pierdołą, zobaczyć nowy plan zajęć na studia (nie tylko plan, zmieniona grupa i brak możliwości jej odmienienia też dobra rzecz!) czy skończyć prace w niezbyt fajnej atmosferze (nawet bardzo niefajnej). O wątkach rodzinno-zdrowotnych i tym że już naprawdę nie wiem co mogę powiedzieć mojej mamie żeby trochę ją podnieść na duchu, wolę nie wspominać. Już nic nie wiem, man.
Ale co ja poradzę? No nic nie poradzę. Oby tylko coś się ogarnął ten świat, bo jakoś mało pozytywnych rzeczy się zebrało ostatnio. Czekam za zwrot akcji!
Cóż, póki co dalej szukam czegoś co odwróci moją uwagę, bo już nie mogę tyle rozkminiać wszystkiego i niczego. Zadziwiająco - sprzątanie nawet pomaga!
Listening: Avalanche City - The Citizens
Drinking: Sencha truskawka z żurawiną
Ale co ja poradzę? No nic nie poradzę. Oby tylko coś się ogarnął ten świat, bo jakoś mało pozytywnych rzeczy się zebrało ostatnio. Czekam za zwrot akcji!
Cóż, póki co dalej szukam czegoś co odwróci moją uwagę, bo już nie mogę tyle rozkminiać wszystkiego i niczego. Zadziwiająco - sprzątanie nawet pomaga!
Listening: Avalanche City - The Citizens
Drinking: Sencha truskawka z żurawiną
środa, 12 września 2012
Cosy is cosy
Całkiem fajnie się mieszka praktycznie samodzielnie. Znaczy, taki tydzień, czy w sumie dwa to całkiem dobry okres na próbę. W jakiś dziwny sposób, kiedy tylko ode mnie zależą drobne życiowe sprawy typu "kupić chleb, wyjść z psem, posprzątać w kuchni i podlać kwiatki" czuję się bardziej ogarnięta. Nie wiem jak to działa, ale to miłe. Może pomaga poczucie kontroli na takimi drobiazgami, które nie mają tak naprawdę kolosalnego znaczenia dla wszechświata, ale przydatne jest o nich pamiętać.
Witam w moim świecie, gdzie kupienie pomidorów i zrobienie obiadu dla psa jest sposobem na stałą dawkę udowodnienia sobie, że nie jest się aż taką ciapą.
Do tego czasem po dniu spędzonym w pracy, która już stanowczo za bardzo męczy, taka myśl o powrocie do domu trzyma przy życiu. Zamiast ukradzionych pieniędzy, strachu przed nawiedzaniem kawiarni przez szefa (którego jakoś nie jestem w stanie przestać się bać), Pani od sztywnych pieniążków czy miliarda paskudnych plotek w które nie wiadomo czy wierzyć czy nie, bo każdy mówi co innego. Cóż, powiem tyle: moja kawiarnia będzie zupełnie inna.
Ale póki co wynagradza mordka psa, który mimo wcześniejszego nakrzyczenia na swoją przesadną ekscytację piłeczką, nadal się cieszy na Twój widok. To czasem znaczy naprawdę więcej niż się wydaje. I miło mieć trochę spokoju, z kocykiem, ciepłymi skarpetkami, grzejącym pieskiem i nowym Doctorem Who (Lastrade strzelający z Amy do dinozaurów ftw!).
I'm just chillin' indeed.
K.
Witam w moim świecie, gdzie kupienie pomidorów i zrobienie obiadu dla psa jest sposobem na stałą dawkę udowodnienia sobie, że nie jest się aż taką ciapą.
Do tego czasem po dniu spędzonym w pracy, która już stanowczo za bardzo męczy, taka myśl o powrocie do domu trzyma przy życiu. Zamiast ukradzionych pieniędzy, strachu przed nawiedzaniem kawiarni przez szefa (którego jakoś nie jestem w stanie przestać się bać), Pani od sztywnych pieniążków czy miliarda paskudnych plotek w które nie wiadomo czy wierzyć czy nie, bo każdy mówi co innego. Cóż, powiem tyle: moja kawiarnia będzie zupełnie inna.
Ale póki co wynagradza mordka psa, który mimo wcześniejszego nakrzyczenia na swoją przesadną ekscytację piłeczką, nadal się cieszy na Twój widok. To czasem znaczy naprawdę więcej niż się wydaje. I miło mieć trochę spokoju, z kocykiem, ciepłymi skarpetkami, grzejącym pieskiem i nowym Doctorem Who (Lastrade strzelający z Amy do dinozaurów ftw!).
I'm just chillin' indeed.
K.
czwartek, 6 września 2012
Don't call it a come back
Trochę przeraża mnie ilość miejsc w internecie gdzie można mnie znaleźć, ale oto powstaje kolejne. Wreszcie idealny url, dużo planów w głowie na bliższą i dalszą przyszłość, oby tylko nie zabrakło chęci i odwagi do realizacji.
Z kubkiem herbaty w dłoni - czas zająć się szablonem, żeby (parafrazując Vimesa) przez sam fakt pisania świat stał się bardziej zrozumiały.
K.
Z kubkiem herbaty w dłoni - czas zająć się szablonem, żeby (parafrazując Vimesa) przez sam fakt pisania świat stał się bardziej zrozumiały.
K.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


