środa, 12 września 2012

Cosy is cosy

Całkiem fajnie się mieszka praktycznie samodzielnie. Znaczy, taki tydzień, czy w sumie dwa to całkiem dobry okres na próbę. W jakiś dziwny sposób, kiedy tylko ode mnie zależą drobne życiowe sprawy typu "kupić chleb, wyjść z psem, posprzątać w kuchni i podlać kwiatki" czuję się bardziej ogarnięta. Nie wiem jak to działa, ale to miłe. Może pomaga poczucie kontroli na takimi drobiazgami, które nie mają tak naprawdę kolosalnego znaczenia dla wszechświata, ale przydatne jest o nich pamiętać.
Witam w moim świecie, gdzie kupienie pomidorów i zrobienie obiadu dla psa jest sposobem na stałą dawkę udowodnienia sobie, że nie jest się aż taką ciapą.

Do tego czasem po dniu spędzonym w pracy, która już stanowczo za bardzo męczy, taka myśl o powrocie do domu trzyma przy życiu. Zamiast ukradzionych pieniędzy, strachu przed nawiedzaniem kawiarni przez szefa (którego jakoś nie jestem w stanie przestać się bać), Pani od sztywnych pieniążków czy miliarda paskudnych plotek w które nie wiadomo czy wierzyć czy nie, bo każdy mówi co innego. Cóż, powiem tyle: moja kawiarnia będzie zupełnie inna.
Ale póki co wynagradza mordka psa, który mimo wcześniejszego nakrzyczenia na swoją przesadną ekscytację piłeczką, nadal się cieszy na Twój widok. To czasem znaczy naprawdę więcej niż się wydaje. I miło mieć trochę spokoju, z kocykiem, ciepłymi skarpetkami, grzejącym pieskiem i nowym Doctorem Who (Lastrade strzelający z Amy do dinozaurów ftw!).

I'm just chillin' indeed.

K.

0 komentarze:

Prześlij komentarz